Verbum Nobile

 

Historię narodów spisali kronikarze.

Narody wspominają ich z szacunkiem.

Każda rodzina ma swoją historię, choć nie każda swoich kronikarzy.

Opuszczone na zawsze gniazdo

Adam Kraiński - Opuszczone na zawsze gniazdo


Pierwsze dni września 1939 r. były piękne. Pogoda bezchmurna i słoneczna, tak bardzo ułatwiająca działania wojenne wehrmachtu, ale w Zabawie, majątku rodzinnym mojego Ojca, położonym w odległości 80 km na północny wschód od Lwowa, nie odczuwało się bezpośrednio skutków wojny. Życie biegło pozornie bez zmian, chociaż pełne napięcia i oczekiwania. Bracia moi, Roman i Władysław, podchorążowie artylerii oraz profesor mój, Jan Rogala, porucznik tej samej broni - wyjechali do swoich jednostek, a ze wsi i folwarku cała młodzież znikła.

Po dniach wypełnionych pracą konieczną na gospodarstwie słuchaliśmy wieczorami radia, w obecności służby folwarcznej i gospodarzy, którzy zbierali się dla wysłuchania tego właściwie jedynego źródła informacji. Wiadomości były skąpe i tajemnicze, jakieś cyfry, litery, ostrzeżenia, że "nadchodzi" lub informacje, że "przeszedł". Dziś wiem, że chodziło o obronę przeciwlotniczą i umiejscowienie eskadr bombowców niemieckich. Niektóre informacje, jak się okazało nieprawdziwe, podnosiły na duchu. Pamiętam rozjaśnioną twarz ojca, gdy usłyszeliśmy o uderzeniu gen. Bortnowskiego na Prusy Wschodnie lub nalocie naszych Łosi na Berlin. Na pozór monotonne dni przerywał czasem przelot na wysokim pułapie pojedynczego Heinkla czy Dorniera. Zapalony już wtedy myśliwy i dobry strzelec spekulowałem, czy można by go zestrzelić z ojcowskiego manlichera, co było absolutnie niemożliwe ze względu na pułap przelotu na wysokości kilku tysięcy kilometrów.

Dużym ewenementem tych dni było wylądowanie na naszych polach części personelu latającego "Szkoły Orląt" z Dęblina. Sąsiad nasz, Jurek Antonowicz, oficer-instruktor tej szkoły, przyjaciel moich braci, wspaniały lotnik i tancerz (zginął jako dowódca skrzydła bombowego nad Niemcami), przyprowadził swoich kolegów na nasze pola i do naszego domu, gdzie spędzili kilka dni w oczekiwaniu na dalsze rozkazy ewakuacyjne. Pełen zaszczytu wytrzeszczałem oczy na te, jak mnie się zdawało, wspaniałe maszyny, nie rozumiejąc czemu nie zestrzeliwują Niemców, a to przecież były dwupłatowe RWD nie mające nawet karabinów maszynowych.

Po kilku dniach samoloty odleciały, znów zapadła przyczajona cisza. Gdzieś tam daleko toczyła się wojna, front się zbliżał, ale wciąż był daleko za horyzontem...

Wrócił mój brat, Roman, zwolniony z wojska na skutek kontuzji poniesionej w trakcie bombardowania lotniska Skniłów we Lwowie. Po nocnej rozmowie z Ojcem, wyposażony w broń myśliwską, wyruszył parą mocnych koni na południowy wschód w kierunku Rumunii. Wyprawa jego nie trwała długo, już po trzech dniach wrócił.

Wojska ZSRR wkroczyły w granice Polski. Zabawa leżała na uboczu, żadne drogi bite obok nie przechodziły, a sama jej nazwa pochodziła podobno od tego, że w czasie jesiennych ulew lub wiosennych roztopów podróżny chcący przejechać przez wieś musiał kilka dni zabawić, czekając na przymrozek lub poprawę pogody. Tak więc dość długo czekaliśmy na spotkanie z pierwszymi "wyzwolicielami". Pierwszym okazał się oficer? (nie rozpoznawałem ich rombów i prostokątów na kołnierzach), który wkroczywszy do jadalni, gdzie byliśmy wszyscy zgromadzeni (z mężczyzn tylko mój Ojciec i ja z kuzynem, obaj po 14 lat) zażądał natychmiastowego wydania broni. Nie przyjmował do wiadomości tłumaczenia Ojca, że broń na polecenie starostwa została zdana. W kilku oknach jadalni sterczały głowy mieszkańców wsi, do których politruk, przerywając coraz bardziej burzliwą rozmowę, zwracał się o potwierdzenie, że Ojciec był krwiopijcą i ich gnębicielem. Otrzymywał odpowiedź: "Nie, to dobry Pan". Po stosunkowo krótkiej wymianie zdań oficer wyszedł do kuchni, gdzie kazał sobie dać jeść i następnie zaczął pouczać moją nianię Marynię o nieistnieniu Boga, przeprowadzając na ten temat cały wywód kwitowany przez nią niemym potakiwaniem. Na zakończenie wywodu "wykładowca" przekonany o jego skuteczności zapytał:

"To teraz już rozumiesz, że Boga nie ma?"
"A gdzie się podział?" - odpowiedziała ze stoickim spokojem Marynia.

Tego było już za wiele. Spluwając i przeklinając ciemnotę ogłupionego przez pamieszczyków narodu, oficer wsiadł na konia i odjechał.

Żyliśmy teraz jakby w przyczajeniu, sąsiedzkie dwory opustoszały, rodzice wahali się jaką podjąć decyzję. Ojciec chodził codziennie do warsztatu, gdzie coś piłował i obrabiał na maszynach (chodziło o zabrudzone i stwardniałe dłonie), łudząc się nadzieją, że majątek jako wzorowo prowadzony, zostanie przekształcony w ośrodek szkoleniowy. Skończył się październik, noce były coraz dłuższe, a panująca pozorna cisza potęgowała strach i uczucie zagrożenia. Pewnej nocy Ojciec zauważył, że dookoła dworu chodzą uzbrojeni członkowie powołanej milicji. Następnego dnia zapytał przewodniczącego Rewkomu (Rewolucyjnego Komitetu), naszego byłego rządcę, Nakoniecznego, jaki jest cel tego pilnowania. "Proszę Jaśnie Pana" - odpowiedział Nakonieczny - "nikt z Zabawy Wam krzywdy nie zrobi, bo my wiemy, że Wy też nikogo nie krzywdziliście, tylko pomagaliście, ale może przyjść ktoś z innych wsi i dlatego musimy Was pilnować".

Te "przyczajone" dni listopada przerywane były wydarzeniami na szczęście tylko z pozoru groźnymi, a potem budzącymi nawet śmiech. Któregoś dnia siedzieliśmy przy lampie naftowej w jadalni, a Ojciec poszedł położyć się do siebie. Niespodziewanie do jadalni weszło dwóch czerwonoarmiejców w spiczastych budionówkach z gwiazdami.

- "Gdzie pomieszczyk?" - spytali

Zamarliśmy z przerażenia. Któreś z nas zaprowadziło ich do Ojca. Rozmowa była dość długa. Wreszcie "goście" wyszli, pozostawiając po sobie wstrętny zapach mazidła do butów. Popędziliśmy do sypialni. Ojciec siedział na łóżku. Wyglądał na zdenerwowanego i rozbawionego zarazem. Wyjaśnił przyczynę wizyty: żołnierzom wyczerpała się bateria latarki elektrycznej, a ponieważ we wsi powiedziano im, że jest inżynierem, przyszli, żeby ją naprawił. Tłumaczenie, że jest to niemożliwe, nie trafiało im do przekonania. Następnie, zainteresowali się prawidłami, na które nabite były buty do konnej jazdy i dyskutowali nad celowością takiego urządzenia ... Wszystko razem niegroźne, raczej nawet humorystyczne, ale my siedząc w jadalni spodziewaliśmy się najgorszego.

Innym razem pojedynczy żołnierz przyszedł do kuchni i poprosił, że chciałby skosztować "pańskiego" jedzenia, ale tak, żeby nikt nie widział. Mama kazała dać, co było najlepszego w oddzielnym, zamkniętym pokoju. Jak zawsze ciekaw kręciłem się koło niego i słyszałem, jak Leon, nasz służący, po obiedzie zapytał go: "Powiedz jak tam u was jest naprawdę". Żołnierz nie odpowiedział ani słowem, rozpiął tylko rubaszkę i pokazał, że nie ma pod nią koszuli.

Pewnego ranka, pod koniec listopada wjechało na podwórze pięciu kawalerzystów. Zażądali wydania koni konkursowych mojej siostry Marysi (operowali nawet ich imionami). Nie było rady - osiodłali i wyjechali a tych pięknych wierzchowcach. Ze łzami w oczach patrzyliśmy na wspaniałą Lady Agnes - tryumfatorkę tylu konkursów, Centurię, Maniala, Bad i Izarę. Było to bardzo bolesne i nie osłodził tego nawet fakt, że Izara zrzuciwszy swojego jeźdźca wróciła po 15 minutach, bo równie przykre było jej ponowne zabranie.

Zbliżał się koniec listopada, pozornie nic się nie działo, nikt przeciwko nam nie występował, mieszkaliśmy cały czas we dworze, korzystając z wszystkich jego wygód. Jednak ta stagnacja i coraz większa pustka nas ogarniająca (wszystkie dwory dookoła były już opuszczone), zmienne i niepewne informacje o możliwości legalnego przejścia do Generalnej Guberni lub odwrotnie - o zamknięciu granicy na stałe, pogłoski o mordach, rabunkach i wywózkach powodowały wzrost naszego zagrożenia. Miara strachu i cierpliwości mojej Mamy przebrała się, kiedy pewnego dnia młody lejtnant, pod akompaniament fortepianowy mojej kuzynki Izy Romanowskiej, wyśpiewywał w salonie "Wołga-Wołga" przewracając oczyma do mojej siostry. To było dla Mamy już za wiele. Zawsze potulna, łagodna, wyprawiła Ojcu reprymendę, po której, już wieczorem przeprowadził rozmowę z Nakoniecznym. Następnego dnia rano pakowaliśmy rzeczy i przygotowywaliśmy się do wyjazdu dwoma drabiniastymi wozami. Dziwne to i nieporadne było pakowanie. Cóż można zabrać z domu, liczącego kilkanaście pokoi, na dwa wozy? Niezbyt zdawałem sobie sprawę z sytuacji. Byłem podniecony tym, że coś się dzieje, że gdzieś wyjeżdżam, że wreszcie podjęto jakąś decyzję. Pamiętam jednak dobrze moich rodziców, którzy chodzili zagubieni żegnając się z wszystkim tym, co stanowiło treść ich dotychczasowego życia. Odlatywaliśmy jak bociany z rodzinnego gniazda, z tym, że już nigdy do tego gniazda nie mieliśmy wrócić. Pakowanie skończyło się na walizce osobistych rzeczy dla każdego, był też worek cukru w kostkach, ciepłe ubrania na drogę i to wszystko.

Po podjęciu decyzji pośpiech był tak wielki, że Mama zostawiła na stoliku platynową broszkę z brylantami, a ja, szperając po szufladach, znalazłem pudełko wypełnione obrączkami, złotymi szpilkami z okazji ślubu rodziców, guzami od kontuszów itp. Oczywiście schowałem skarb do kieszeni i dowiozłem do granicy, gdzie mi go zabrano, żebym nie zgubił. Schowany do walizki przepadł razem z nią...

Wychodziliśmy drzwiami od podwórza, przed którymi czekały wozy. Równocześnie z naszym wyjściem, od strony parku, przez drzwi salonu wchodziła cała wieś. Myśląc o tym dzisiaj nie mam żalu do naszych wiejskich sąsiadów. Oni, tak jak i my, wiedzieli, że już tu nie wrócimy, a jeżeli natychmiast nie wezmą tego, co Państwo zostawili, to przyjdą inni i zabiorą.

Drogę do Sokala, powiatowego miasteczka nad Bugiem przejechaliśmy w kilka godzin. W Sokalu zatrzymaliśmy się u Cukiera, który był pachciarzem mego Ojca. Mieszkaliśmy tam dwa dni dla zorientowania się w możliwości przejścia granicy. Legalnej możliwości nie było. Cukier miał jednak mnóstwo dzieci, w tym kilku podrośniętych synów, którzy naturalnie byli w Milicji. Dzięki starej znajomości (a myślę, że również za pieniądze) zorganizował przy ich pomocy naszą przeprawę przez Bug. O wyznaczonej godzinie udaliśmy się nad rzekę, która po wschodniej stronie od miasta miała wysoką, zadrzewioną skarpę. W pierwszej parze wsiadł do kajaka mój Ojciec z Marysiąi przewodnik przewiózł ich na niemiecką stronę. Po chwili kajak był z powrotem. Teraz Mama i ja wpakowaliśmy się do niego i za chwilę byliśmy w Zabużu.

Czuliśmy się wolni. Trudno to zrozumieć - Polska była rozbita i podzielona, staliśmy na ziemi będącej pod okupacją naszego odwiecznego wroga, który tę wojnę rozpętał, a równocześnie uniknęliśmy cudem czegoś niewyobrażalnie groźnego, nie zdając sobie w tym momencie z tego sprawy.

Myśląc o wydarzeniach, które tu opisałem jestem głęboko przekonany, że w historiach rodów ziemiańskich na ziemiach zagarniętych przez bolszewików - były one czymś wyjątkowym. Przeżyliśmy prawie trzy miesiące we dworze, przez nikogo nie napastowani, a potem dworskimi końmi dojechaliśmy do granicy przekraczając ją bez żadnego uszczerbku. Jak to nazwać inaczej, jak nie cudem?

Opublikowano w "Verbum Nobile", nr 9/10, Sopot 1995 r.

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com